O Teofilu Framułcie, wałeckim bartniku

Ziemię wałecką zawsze porastały piękne, gęste lasy, wielu więc mieszczan wałeckich znajdowało w nich zajęcie i źródło zarobku. Wyrabiano smołę z pozyskanej żywicy, wypalano węgiel drzewny, zbierano leśne jagody, owoce, grzyby. Wielu wałczan więcej czasu w lesie spędzało niż w mieście. Była też grupa mieszczan bartnictwem zajmująca się. Wiele barci było w lasach między Wałczem, Skrzatuszem i Piłą, tam za zezwoleniem starosty wałeckiego również i pilscy bartnicy miód zbierali. Najwięcej jednak barci zakładano w lasach ciągnących się na pograniczu polsko-pomorskim, od Jastrowia do Popielewa.
Tam też swoje barcie postanowił umieścić Teofil Framułt, którego ojciec i dziad też bartnictwem się zajmowali. Pomagał on już jako dziecko przy pszczołach i miodzie, a lasy podwałeckie znał doskonale. Gdy więc przyszła pora by samodzielnie pracować, Teofil miał tylko jeden dylemat – jakie lasy wybrać. Ludzie mówili, że lasy koło Jastrowia dobre są jako pożytki, ale niebezpieczne. Pomorzacy chętnie na polowanie w te lasy się zapędzali, a jeśli na barcie trafili, miód jak swój zabierali. Tego Teofil nie mógł zrozumieć – toż honor bartnika na kradzież nie pozwalał – niewiele lat przecie upłynęło, kiedy za kradzież miodu karano obcięciem ręki, a jeśli to kolejny raz się zdarzyło, nieuczciwy bartnik i życie mógł stracić, męczarnie najpierw straszliwe przebywszy.

Wybrał więc lasy przed Jastrowiem, licząc, że tam najpiękniejsze miodne plastry mieć będzie. Rzeczywiście szczęściło mu się, dużo miodu zwiózł do domu, a i jagód wszelakich i grzybów przy okazji sporo nazbierał. Dobrze mu się wiodło, więc o ożenku pomyślał. Wybrał Aneczkę, która też przychylnie na niego patrzyła. Jej ojciec po kilku spotkaniach przy kielichu z miodem, przyrzekł jej rękę Teofilowi. Przyszedł czas na weselisko i wkrótce Aneczka z Teofilem zamieszkała. Dobrą była żoną, dbała o dom i męża, a gdy się do lasów wybierał, zawsze strawę mu szykowała i odziewek dobierała. Żegnała serdecznie i spokojnie czekała w domu na powrót.

Lecz pewnego dnia, a było to w roku 1539, zamiast jak zwykle męża szykować do wyjazdu, prosić zaczęła: – Nie jedź dziś do swych barci, zły sen miałam, coś niedobrego tam na ciebie czeka.

Chociaż Teofil bardzo żonę kochał, nie posłuchał jej próśb i pojechał do lasu. Nie popracował długo, gdy nagle usłyszał hałas jakowyś. Teraz i jego złe przeczucia ogarnęły, próbował się schować w zaroślach, nim nadjeżdżający ludzie go zobaczą. Gdy zobaczył kto nadciąga, wiedział, że nie jest dobrze – byli to bracia Marcin i Mikołaj Wągrowscy, szlachcice pomorscy, o których zła fama wśród wałeckich bartników chodziła – zabierali oni miód z barci od dawna do Wałcza należących, barcie same niszczyli zawzięcie, a nierzadko i wałeckich mieszczan srogo przy tym obić potrafili.

Podjechali Wągrowscy do drzewa z barcią Teofila i zaczęli siec ją mieczami. Nie wytrzymał tego Teofil, rzucił się swym ukochanym pszczołom na ratunek. Tylko tym rozsierdził napastników, którzy pojmali go i związawszy, przez siodło przerzucili i odjechali. Widział to drugi bartnik, który akurat imię takie, jak i jeden z napastników nosił – Mikołaj. Nie zdradził się jednak ze swą obecnością, wiedząc, że i tak nic nie pomoże, chromy był bowiem na jedną nogę i słabowity. Jednak gdy napastnicy odjechali, co sił pokuśtykał do miasta. Tam Aneczce wszystko opowiedział. Zapłakała Aneczka najpierw, lecz szybko łzy otarła, i wziąwszy Mikołaja na świadka, do starosty wałeckiego się udała ze skargą i prośbą o pomoc. Starosta list do księcia Barnima XII wystosował ze skargą na Wągrowskich, pisząc, iż „siłą pojmali poddanego Jego Królewskiej Mości, obywatela wałeckiego Teofila Framułta, który trudnił się zbieraniem miodu z barci”. W liście tym starosta wyliczył również inne przewinienia tych pomorskich szlachciców. Co bardziej pomogło, list ów czy okup wypłacony za Teofila przez jego żonę, nie wiadomo. Framułt wrócił szczęśliwie do domu, lecz na tym historia ta się jeszcze nie skończyła. Aneczka każdego dnia, gdy Teofil do lasów się wyprawiał, lęk wielki przeżywała, czy go jeszcze zobaczy, czy tym razem Pomorzacy jeszcze okrutniejsi się nie okażą. Myślała, jak niebezpieczeństwu zaradzić, aż w końcu wymyśliła – kto zawsze tam, gdzie Teofil miód zbiera jest? Pszczoły! Może one będą mogły pomóc Teofilowi? On przecie miód im podbiera, ale o barcie dba, naprawia, jeśli tylko potrzeba taka zajdzie i krzywdy nigdy pszczołom nie czyni, delikatnie koło barci chodząc. A i one chyba nic przeciwko niemu nie mają, nigdy na Teofila się nie rzuciły, choć inni bartnicy niemiłe przygody miewali. Tak pomyślawszy, pobiegła Aneczka do starej kobiety, która ziołami leczyła, dobre rady na różne kłopoty miała i dziwnie dobrze ze zwierzętami wszelakimi się dogadywała. Maturma, bo taki przydomek owa kobieta nosiła, wysłuchawszy Aneczki, uśmiechnęła się i powiedziała: – Nie martw się, namówimy pszczoły, żeby twego Teofila strzegły.

Zakrzątnęła się szybko, wybrała jakieś zioła, suszone owoce i słodki wywar przygotowała, coś pod nosem cichutko mrucząc. Wlała ów ziołowy syrop do bukłaczka z tajemniczymi znakami i wręczyła Aneczce, tłumacząc, co i jak ma uczynić, gdy do leśnych barci się zbliży.

Następnego dnia uprosiła Aneczka swego męża, by do lasu ją zabrał i pokazał, z których barci miód zbiera. Przy każdej barci zrobiła tak, jak Maturma kazała, każdy rój dostał po kilka kropli ziołowego syropu i usłyszał tajemne słowa. Patrzył szerokimi ze zdziwienia oczyma Teofil na swą ukochaną żonę, nie wiedząc, co myśleć o tym – miałby czarownicę w domu? Aneczka wyjaśniła mu, za czyją radą to czyni i dlaczego. Pokręcił z powątpiewaniem głową, ale w myśli już klarowała mu się wizja, jak to pszczoły na Wągrowskich się rzucają i całkiem mu to do gustu przypadło.

Na spełnienie tego marzenie nie musiał długo czekać, siedem dni minęło, gdy znowu usłyszał nadciągających jeźdźców. Strach go ogarnął pomieszany z nadzieją – co teraz będzie? Wągrowscy z dala widząc Teofila, zaczęli naigrywać się z niego, zapraszając go do swojego zamku. Nagle z barci wyleciała jedna pszczoła, za nią druga i kolejne, kierując się całą chmarą w kierunku jeźdźców. Ci w pierwszym momencie nie docenili niebezpieczeństwa, nadal powoli zbliżając się do Teofila, wtem z pozostałych barci nadleciały kolejne roje, wszystkie rzuciły się na intruzów. Nie pomagały wymachiwania mieczem ani groźne okrzyki, to tylko bardziej rozdrażniło bojowo nastawione owady, zabrzmiało wściekłe brzęczenie, płosząc konie, które na oślep pobiegły przez las, zrzucając swych jeźdźców. Pogryzieni, ledwo widząc przez zapuchnięte oczy, piechotą wracali do swych domów, chłodząc obrzęknięte ciała w napotkanej rzece.

Już nigdy nie niepokoili wałeckich bartników, a i inni dowiedziawszy się o tym zdarzeniu, stracili ochotę na zbójeckie wyprawy w wałeckie lasy.